Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

nadejszła wielkopomna chwila - taa-dam! koniec roku tuż

środa, 30 grudnia 2009 21:39
Naprawdę staram się coś napisać, ale gdy tylko siadam do kompa, gdy już-już wchodzę na stronę blooga.. zwyczajnie mnie wycofuje. Jakiś taki odruch mi sie wyrobił. Ucieczki odruch. Od dzielenia się tym co się dzieję. 
A tyle bym chciała opowiedzieć. Tyle mam do opowiedzenia.

Choćby o najbardziej hardkorowym tygodniu z chirurgią jaki mi przyszło przeżyć (jak dotąd mam nadzieję :) )
O tym jak bezpośrednio po dyżurze na którym spałam dokładnie 40 min stanęłam zaraz po odprawie do operacji z Dr'em. Do- jak się okazało - 9,5 godzinnej operacji z  45-minutową (moją pierwszą) reanimacją rozpoczętą przy zakładaniu szwów na otrzewną. Pacjent przeżył.. i na pewno żył do weekendu przedświątecznego, kiedy to go ostatni raz widziałam na obchodzie na OIOMie (oby dalej się trzymał!).
W  końcu o tym jak to 3 dni później, przy kolejnej reanimacji na stole, było tak zupełnie inaczej.. bez takiej wiary i zaciętości, że ratujemy choćby nie wiem co..bo pacjent już we wstrząsie, z pękniętym tętniakiem aorty brzusznej, ogromną ilością innych schorzeń, już połamaną klatką piersiową po kilka godz wcześniej przeprowadzanej reanimacji.. Kolejny mój pierwszy raz.. tym razem przy śmierci podczas operacji.
Mam mnóstwo wątpliwości co do kierunku, który mam obrać.
Już byłam bardziej za ortopedią, za chirurgią dziecięcą.. a tu masz.
Jak na zawołanie 4 tygodniowy blok z chirurgii  ( no 3 tygodniowy ku mojej rozpaczy.. cholerrna grypa), który powalił mnie na kolana. I samymi zabiegami, ale chyba przede wszystkim ludźmi, z którymi było mi dane współpracować, uczyć się od nich i podglądać w działaniu :)

No i o.
Taki koniec roku. Rozterki coraz poważniejsze, nad życiem zastanowić się wypada.. Nigdy nie robiłam podsumowań, postanowień noworocznych. I nie będę, przynajmniej na razie.
Może napiszę tyle, że rok 2009 nie był prosty. Momentami ciężki, stresujący, ale jednocześnie dostarczył mi wiele adrenaliny, ciekawych przeżyć i zdarzeń. Sporo zrobiłam i się nauczyłam. Ale mogłam więcej, zawsze można więcej przecież, tyle że trudno. Już tego nie cofnę.
Oby ten nadchodzący 2010 rok nie był gorszy.
Przede wszystkim ZDROWY.
Oby udało mi się więcej nauczyć, więcej przeżyć, więcej kochać..
I wreszcie znaleźć się w tym świecie. Swoje miejsce i swoją drogę.

Czego wszystkim Wiernym Czytelnikom i tym którzy przypadkiem trafią w ten fragment cyberprzestrzeni Życzę :)

Do Siego Roku!

komentarze (8) | skomentuj

aaa...!!

niedziela, 26 lipca 2009 22:45
Od jutra szaleję na ginekologii :))
Wszelkie przyszłe ludzieńki proszone są o jak najszybszą ewakuację z płodowego świata :) No, dzieciaki, nie bądźcie takie.. wyrwijcie się z matczynego inkubatora i chciejcie wyjść z pomocą praktykanta ;)
Żartuję oczywiście. To byłoby zbyt wiele szczęścia, żeby pozwolono studentce odbierać poród. Mimo że mam jak byk napisane to w programie praktyk.. Zresztą.. zobaczymy. a nóż widelec?
Póki co muszę się spakować, nastawić wszystkie możliwe budziki, zakodować sobie w głowie pobudkę przed 7mą .. coby z rańca nie zaspać.
Bo psze państwa jestem sama na domostwie. Rodziciele z Małym Bratem oraz z Dużym Bratem i jego Żoną (hihi.. ale śmiesznie brzmi to, nie mogę się przyzwyczaić, że mam Bratową ) pojechali na wakacje. Niby tylko do czwartku... ale to coś zupełnie innego siedzieć samej w Domku a w Wawie. tam to naturalne.. Tu.. Dom to Dom. On ma rozbrzmiewać głosem, tupotem, ma być bałagan i ciągle się ktoś kręcić :)
Już czekam na ich powrót :)

komentarze (10) | skomentuj

środa, 15 lipca 2009 10:54
Wakacje trwają. Młyn przedweselny Starszego Brata też. Właściwie to nasz młyn, kto żyw i w stanie pomaga jak może ;) I jeszcze dziś panieński wieczór tak jakby organizuje, mimo że świadkową tam nie jestem. 
A tak w ogóle to moje codzienne 1.5-godzinne pływanie  w basenie  ( hard core - do wody wskakuję o 7:35  ) chyba właśnie się skończy, mam nadzieję, że nie gipsem ;-( Zblokował mi się bólowo lewy staw łokciowy. Ani pełnego wyprostu, ze zgięciem jeszcze gorzej :( Bez urazu, dla ścisłości. Czyli szeroko pojęte przetrenowanie? Cholera wie, a dziś przez ten cały panieński na urazówkę przecież nie pojadę ;-( Skończy się pewnie wizytą  tu u mnie w szpitalu, muszę zresztą wreszcie zawieźć podanie o praktyki.. Potworna biurokracja tu panuje.. a to w połączeniu z jakimś takim moim niechciejem wakacyjnym sprawiło, że pierwszy raz na tych studiach nie pędzę robić praktyk.. Ale spokojnie, pooddycham szpitalem, będzie ok :)

komentarze (0) | skomentuj

Lipiec to już

piątek, 03 lipca 2009 0:39
Wyprowadzka z akademika dokonana. Rzeczy zwiezione zawalają mi teraz równo cały pokój, a jakoś nie mam siły się z nimi uporać. Muszę wreszcie się zdobyć na ten heroiczny czyn, odrzucić sentymenta i posegregować w szafie, wyrzucić z niej co nieco, zdobyć przestrzeń. I książki zwiezione też jakoś gdzieś umieścić. Pierwszy raz nie przywiozałam wszystkich i zrazu się zemścio. Robiłam koleżance jakiś test z mikrobiologii. Nby wiedziałam, bo zakres kosmetologii jednak nie jest porównywalny do wymagań z lekarskiego, ale zawsze wolę się upewnić w takicgh sytuacjach. Bo to i na głupa można wyjść a i komuś się problemów z zaliczeniem  taką zła odpowiedzią narobi. A dokładnie widziałam oczyma pamięci, gdzie w Virelli czy w swoim zeszycie miałabym szukać odpowiedzi. No ale nic to. Dałam radę bez :)

Wyprowadzkowa wizyta w stolicy, z racji środy, skończyła się rzecz jasna odwiedzinami na urazówce :)
Miałam potworne opory w dotuptaniu tam z racji 30 stopniowego upału i pewności, że czego jak czego, ale na pewno klimatyzacji to się nie dorobili przez te dwa tygodnie. Och! Cóż za radość by była w mojej pomyłce.. 
Że taka nie nastąpiła po 5 godzinach bytowania wśród tak przeze mnie lubianego gwaru i harmidru , czułam się jak bym tam spędziła dwa razy więcej czasu.. Sytuację uratował skład dużurujących :) Tak, to byli ludzie, którym z uśmiechem życzyłam miłych wakacji.
A jak się trafi okazja ( i chłodniejsza środa  przede wszystkim ;P ), to ich tam jeszcze odwiedzę  przed październikiem.

Póki co dogorywam za dnia w tych przeklętych upałach i klnę na wszystko, bo poczemu ja nie jestem jeszcze nad jeziorem?  heh.. nie czuję jeszcze tych wakacji. Wyjechać! Wyjechać! Wyjechać w siną dal. Koniecznie z  dużym zbiornikiem wodnym, w sam raz do pływania..

komentarze (2) | skomentuj

Test zdany. Praktyczny na 4. To już 2/3 "sukcesu". I co z tego?

sobota, 27 czerwca 2009 14:22
W efekcie końcowym i tak dupa z tego. A raczej sierpień. Chociaż tyle , że nie trzeba zdawać we wrześniu..
Taak.
Ale jak by nie patrzył, to było ciekawe doświadczenie. Pierwszy raz mi się zdarzyło nie zdać egzaminu z racji zbyt wolnego odpowiadania. Bo jak to pani profesor rzekła- swoją drogą, żeby nie było miła kobieta i egzamin też w dobrej atmosferze - mam być lekarzem przecież i  być zdecydowana, szybka i konkretna.
Heh. No to jak już przestanę mieć odruch wymiotny na widok tego stosu książek, to poczytam to ustrojstwo jeszcze..

A tak w ogóle, to wakacje się zaczęły :)

komentarze (1) | skomentuj

wtorek, 23 czerwca 2009 15:25

Neurologii mówimy BYE, BYE!      :)

Ależ bym chciała móc tak napisać w piątek o internie...
To wracam do czytania.

komentarze (3) | skomentuj

bo wczoraj była środa

czwartek, 18 czerwca 2009 21:12
..  a ja przecież równo za tydzień mam egzamin praktyczny z interny, pacjenta od miesiąca żadnego nie widziałam, więc wypadałoby pomacać trochę te obce brzuchy, posłuchać różnych serduch i płuc, zajrzeć do cudzych otowrów gębowych .. i tylko dlatego poszłam po południu na urazówkę. No wcale nie miało to związku z tym, że po 4 tygodniach bez odwiedzin tamże miałam minę zbitego psa, jęczałam, gdy tylko sobie przypomniałam, że kolejna środa mi umknęła bez możliwości pooglądania ciekawych złamań, szycia poszarpanych ran, czy nakłuawania kolan. I w ogóle tak bez szpitala tyle czasu..
A że przez te prawie 7 godz nie przyłożyłam w końcu nawet stetoskopu do nikogo? oj, tak wyszło.
Już na samym wejściu widać było, że jest ciężka sytuacja.. dziki tłum, atmosfera napięta.. kolejka 4-5 godz. Skład dohtorski może nie wymarzony, ale konkretny taki
- To może ty będziesz przyjmować na pierwsze widzenie, co? dasz sobie radę? - zapytał się dr  gdy poprzednia tura lekarska zwolniła drugi gabinet
- A pewnie, nie ma sprawy :))  Tylko od razu poproszę o stempelki na skierowaniach na rtgi - w końcu swojej pieczątki się jeszcze nie dorobiłam.
- Ok.. masz tu.. I pamiętaj, nie sam opis i na rtg, tylko to dotknij, zbadaj.Jeśli coś, to jesteśmy obok.
I poszli sobie. Nie wiem, czy to kwestia tego, że byłam jeszcze jakaś trzepnięta po egzaminie (choć to przecie drugi dzień był już), czy fakt, że już kolejny raz sama przyjmowałam, ale jakoś całkiem sprawnie mi to szło. Raptem przy 4 osobach na 26 miałam problem ze skierowaniem i musiałam poprosić o pomoc :)
W międzyczsie pojawił się P.
- Oo.. :) cześć :)
- Hej :)
- Chcesz asystować przy zabiegu? - zapytał z komórką przy uchu
- no pewno! - tego nigdy bym nie odmówiła :)
- Świetnie!  ..Taak, wiesz mam tu do asysty uroczą panią studentkę :) -  kończył rozmowę przez tel.
- ... aa. no dobra, ok.. Wiesz co, jednak już kogoś mają - zwrócił się znowu do mnie.
- :(( szkooda. Ale jak by trzeba,  to ja tu jestem.
- Pewnie :) będę wołał.
Kończyłam przyjmowanie wszystkich "świeżynek", została raptem jedna pacjentka, gdy rzeczywiście zawołali mnie do asysty.
Ha! wreszcie :) Poszłam sobie na górę, zostawiając cały ten harmider za sobą. Trochę nieobyta z zasadami tamtego mini-bloku operacyjnego (na dwie sale tylko), czułam się dziwnie.. brak podziału na śluzę męską i żeńską też nie wzmógł we mnie poczucia komfortu.. ani to, że wszystkie spodnie były typowo męskie.. Jakoś udało mi się trafić w moment bez towarzystwa- przebrałam się, uczepkowałam i umaseczkowałam. Zlustrowanie bloku,  siłą rzeczy nasunęło porównania z kombinatem operacyjnym na Banacha. Cóż. Tam po prostu jest to wszystko odnowione, automatyka i wszystkie sale w jednym bloku. A tu na każdym piętrze są po 2 lub 4, stare budwnictwo, remont ileś lat temu, inaczej po prostu.
70-letnia pacjentka próbowała nożem naprawić zegarek. Nóż ześlizgnął się i dziabnął ją w palec wskazujący tak niefortunnie, że przecięła sobie zarówno zginacz powierzchowny jak i głęboki. Znieczulenie przewodowe dochodziło i dochodziło.. w tym czasie M. naszkicował dokładnie przebieg ścięgien, prawdopodobne miejsce uszkodzenia, pogadaliśmy o sposobie zespolenia i dalszego leczenia. Po 20 min czekania i tłumaczeniu pacjentki, że ona czuje ból przecież, no na opuszkach nie, ale w środku palca tak! M. znieczulił ją miejscowo dodatkowo lidokainą i zabraliśmy się od roboty. Przyzwyczajona do operacji naczyniowych, tryskającej, wszechobecnej krwi, było mi dziwnie, gdy tak patrzyłam na tę niedokrwioną wyciskaniem kończynę, bladą jak u trupa.. Fakt, pole operacyjne praktycznie czyste dzięki temu było, ale tak brakowało czegoś ;) Dłubanina trwała, tak jak M. przewidywał cięcie nastąpiło w najmniej fortunnym miejscu - rozgałęzieniu się zginacza powierzchownego i pod spodem usytuowanego głębokiego. Zszycie obu groziłoby zbyt dużymi zrostami i nie mieszczenieniem się w pochewce ścięgien - w efekcie ograniczonym ruchem. Trzeba więc było usunąć powierzchowny. Z małego nacięcia na wysokości środka kości śródręcza M. wyciągnął piękne, perłowe ścięgno :) A za chwilę i drugie, bo okazało się, że to pierwsze było głębokim. Ciap! i już po 5 cm powierzchownego. Głębokie przyszyte do drenika zostało wciągnięte kanałem podskórnym na miejsce. Jeszcze sprawdzić, czy się nie przekręciło przy przeciaganiu, nabić na igłę oba końce i można zszywać. Byłam bardzo ciekawa jak? Naczynia - z pietyzmem, każdy fragment ścianki zespolić trzeba i jeszcze zadbać, żeby drożne było. A tu? Tu sie okazało wykorzystuje sie mięsistość ścięgna, przechodzi szwem przez środek wzdłuż, a potem w poprzek i wiązanie. Takie 3 i już.. Hmm.. Zszywanie skóry już na ukrwionej ręce przebiegało, więc trochę  bardziej swojsko się poczułam :P Wszystko pojedynczymi, chyba z 15 ich było. Mycie, opatrunek..
- a to będzie dla kotka :) - rzekła Instrumentariuszka ze śmiechem unosząc w pensecie usunięte ścięgno
- a masz kota, bo ja nie. Może do kolacji się doda :)
- oj tam, wyrzuć, nie wygłupiaj się..
- aa.. nie! jeszcze chwilę można? - zapytałam szybko znad bandażowanej ręki - chciałam poprzyglądać się i pomacać trochę :)
- a to weź teraz sobie zobacz - rzucił M.
Gdy ja z fascynacją wyczuwałam strukturę, sprawdzałam sprężystość i  podziwiałam już ciut mniej perłowy błysk, dr z pielęgniarką opakowali rękę pacjentki w gips i ukończyli dzieło. Chciałam sobie zabrać to ścięgno , żeby spróbować poszyć koniec z końcem, ale nie było żadnego małego pojemniczka akurat, coby nalać soli fizjologicznej i tam je umieścić. No to wylądowało w śmieciach. Może następnym razem :) Jeszcze ustalenie dokładnych personaliów, żeby wpisać do protokołu kto to że asystował, wzajemne podziękowanie współpracy i sobie zeszłam na dół. Z bólem serca, bo szykował się następny pacjent już, też z ręką, ale po określeniu orientacyjnego czasu, wyszło,że bym się nie wyrobiła na ostatni tramwaj :( No to poszłam na izbę na trochę, popomagałam jeszcze przy pacjentach, których wcześniej kierowałam na rtgi.. Nie jest źle. Wstępne koncepcje, co to się pacjentom niby stało, czy złamane, czy nie, nawet nawet mi się pokrywały z rozpoznaniem :)
Siłą woli zmusiłam się w końcu do wyjścia.

No i próbuję się uczyć teraz. Marność nad marnościami..  ehh..

komentarze (4) | skomentuj

Posttestowo internowo. Przedneurologicznie

wtorek, 16 czerwca 2009 19:25
Komentować nawet mi się nie chce. Gupi był ten test. Niejasny taki.
Zdałam.
Tzn, że 25.06 idę na praktyczny, a następnego dnia na ustny.. To znaczy, że oprócz neurologii powinnam czytać i internę. A to znaczy, że że względu na brak umiejętności synchronicznego uczenia się bedę się bardzo cieszyć jak nie zawalę obydwu egzaminów..
Póki co ciągle nie odespałam i jakoś ten dzisiejszy dzień pościelowy taki |-o zZ... zZ... zZ...

komentarze (1) | skomentuj

czerwiec k... . no czerwiec.

niedziela, 07 czerwca 2009 21:35

Jak ja nie cierpię tego miesiąca!!!
No nienawidzę go po prostu.. już piąty rok.  Nie wychodzi mi koncertowo ni skupienie, ni nauka. Za oknem piękna pogoda, najdłuższy dzień zaraz będzie.. a ja siedzę na tyłku i zżera mnie stres.
O matko, co ja bym dała, żeby te egzaminy były jak poprzednie trzy w trakcie roku..
Próbuję  jakoś "się pokonać", ale to trudne bardzo.

Dziś sobie poszłam na spacerek popołudniowy, z zeszytem w torbie oczywiście. Jak już odtuptałam swoje, przysiadłam na placu zabaw i nawet udało mi się hematologię przerobić..
Swoją drogą ten dzień chyba był pod wezwaniem "uwolnij ptaka". Gdzie się nie obróciłam, to panowie na bezczela obsikiwali a to trawę na placu, a to krzaki, a to niby drzewo. Jakimś dziwnym trafem za każdym razem, jeśli coś ogarnięci wstydem  próbowali ukryć podczas tegoż procesu, to najwyżej była to twarz. Na resztę zazwyczaj brakowało gałęzi, pnia, etc..

Noszzzzz.. a do tego właśnie mi się łóżko zarwało ;-(

komentarze (10) | skomentuj

sesja tu, sesja tam

niedziela, 31 maja 2009 23:27
- O maaatkoo.. jaka ja jestem zmęczoona! Jak mi się nie chcee.. już nie moogę - zajęczała moja Druga Współlokatorka.
- a dużo Ci jeszcze zostało? - zapytałam z troską. Co jak co, ale czym jest ból sesji już wiem.. to moja piąta. Jej dopiero pierwsza.
- noo.. jeszcze mam.. 8 str! - rzekła z udręką w głosie
- yy.. ale to przeciez zaraz skończysz, chwila tylko.. to ile miałaś do przeczytania?
- duużo! - westchnęła - 115 stron ze skryptu do filozofii!

Popatrzyłam na rozłożone materiały z interny.. na 3 zeszyty B5 160-kartkowe z notatkami z trzech lat.. laptopa kryjącego tak wiele prezentacji z prelekcji .. na Herolda i jego 1169 stron.. w końcu na 2424 str dwóch tomów Szczeklika ..

Taaak..

komentarze (6) | skomentuj

ojojojoj.. nie mam zajęć :(

wtorek, 26 maja 2009 22:17
Się pokończyły mi uż i co teraz?
Wiem, wiem brzmi to nienormalnie, ale  kto powiedział, że ja normalna?
No bo to jest tak, że jak nie mam w ogóle nic, żadnych zajęć obowiązkowych, zostaje mi ileś tam czasu sam na sam z książkami przed sesją, to jest to masakra. Tak koncertowo rozpieprzam czas, że poezja (nie)normalnie ;-(
A do testu z Interny- 15.06 mam wolne. Właściwie to już nawet tydzień tego wolnego mi minął.. bez zajrzenia do książki oczywiście :-\
Bo to trzeba było odreagować po egzaminie z zakazów.. Swoją droga przeprzemiły egzamin - jakiem weszłyśmy z dziewczynami we cztery , tak cztery piątki prof postawił :) i jeszcze nas dygresją poczęstował, że my takie jakieś energiczne kobiety jesteśmy, że co jak co, ale to my mężów wybierać będziemy a nie oni nas :P 
A odreagowywałam na urazówce, bo to środa była przecież :)) Upał był niemiłosierny, więc jeśli tylko mogłam szłam do gipsowni, gdzie chopaki dbały o cyrkulację powietrza. Ale ludzie jakoś nie doceniali tej namiastki klimatyzacji i fikali. Najpierw pani po nastawianiu złamania, właściwie jeszcze w trakcie, zaczęła nam odlatywać. Omdlała, a poczuła się lepiej, jak ją zaczęliśmy układać na leżance i zwróciła neospazminę. Bo taka zdenerwowana była strasznie wcześniej, a kropelek na serce nie mieliśmy, to tego łyknęła.  Za chwilę kolejny omdleniec - tym razem młody chłopak, po wypadku na motorze, przy robieniu opatrunku zaczął tracić kolory i kontakt. No naprawdę.
Jak była chwila przestoju pomagałam P. motać gips na kończynach. Jeden pan, co to skręcił dwa stawy skokowe naraz (spadł z paru metrów) nawet w całości miał przeze mnie zrobione te nowe buciki :)
Ha! Ale było i lepsiejsze -własnoręcznie nastawiałam - po raz pierwszy- złamaną  dalszą nasadę kości promieniowej:-D  Dr F. przy którym się plątałam rzucił tylko hasło, że mam się za to brać, pokazał jak chwycić i do roboty. Już nauczona, że jak dają, to nie odzywać się, tylko robić ;) z duszą na ramieniu zaczęłam..Złamanie było bez żadnych przemieszczeń, zwyczajnie trzeba było tylko zastosować wyciąg, więc spokojnie, byłam w stanie to zrobić. Dr oczywiście stał obok i czuwał, drugi dr akurat się jakoś pojawił i też stał i podpowiadał i w ogóle ojej, przejęty był :) A i panie pielęgniarki- baardzo tu na izbie fajne- zagrzewały do  boju ;) Kibice pierwsza klasa! Kurcze, ale to rzeczywiście jest ciężkia robota, tak fizycznie. Bite 10 min wyciągania, trzymania w jednej pozycji.. heh.. ale do zrobienia :) Kontrolne zdjęcie pokazało,że wyszło nieźle, w każdym razie nie trzeba było poprawiać :)
Generalnie, to pobiłam swój osobisty rekord w czasie spędzonym na urazówce. Jak wstałam od cerowania kciuka po spotkaniu z jakąś tarczą wysokoobrotową i spojrzałam na zegarek, to mi się słabo zrobiło delikatnie mówiąc i jeszcze z wrażenia gorąco po czubek nosa. Dokładnie 10 min wcześniej odjechał  mi ostatni tramwaj. Myślałam, że co najwyżej jest trochę przed 23cią, a było owszem - trochę, ale przed północą. No i nawet żebym nie wiem co chciała wymyśleć to tylko nocny mi został. I to jeszcze po przespacerowaniu się ze Starynków do Centrala.. niby niedaleko, ale tak samej iść? Taki sobie ten odcinek do spacerów o północy jest.. Tym bardziej, że ja naprawdę przez całe studia może parę razy jechałam nocnym, nigdy sama.
Nie powiem, wpadłam w lekki popłoch. Do tego stopnia, że już podziękowałam za asystę przy szyciu kolejnej ręki - o wiele ciekawszej, tym razem zmiażdżonej przez autobus - z pacjentem nie szło się dogadać, rymowankami bez sensu rzucał tylko, więc za cholerę nie wiem jakim cudem do tego doszło - leżał na ziemi i łapę wyciągnął czy co? bo nic innego nie miał  uszkodzonego.. trwałoby to ze dwie godziny pewnie, a ja.. no musiałam przecież jakoś wrócić do siebie.
 Pacjentów namnożyło się w tym wszystkim co niemiara, aż mi żal było opuszczać stanowisko - przyjmowałam - sama- na te pierwsze widzenie , czyli obejrzeć, opisać i wysłać na rtg. Oczywiście przy wszelkich niejasnościach pomagały dohtory zza ściany, gdzie w tym drugim gabinecie przyjmowali we dwóch ludzi z już wykonanymi zdjęciami rtg. No trzeba było jakoś rozpakować tę dziką kolejkę.. A przy okazji ja się uczyłam samodzielności i bezpośredniego kontaktu z pacjentem izbowym :)
Zaowocowało to mi znalezieniem towarzystwa w drodze do centrala. Okazało się, że chłopak, rok starszy ode mnie,  którego kierowałam wcześniej na zdjęcie też akurat idzie na nocny. Lepiej! nawet na ten sam co ja :) I już spacer o północy taki straszny nie był :)
Cały  czwartek odsypiałam i próbowałam się pozbierać.. przeciągnęło się to i na piątek, kiedy to w ogóle jakaś głupawka mnie i współlokatorkę ogarnęła z lekka, międzysegmentowa jajecznica, pogaduchy i oglądanie filmu do północy.. tiaa.
W sobotę konferencja i warsztaty gastroenterologiczne powiedzmy, że były jakimś wstępem, namiastką interny. Nie powiem, fajna sprawa - można było na symulatorach przeprowadzić kolonoskopię, popróbować usg, BLS poćwiczyć na wypsionym fantomie, jak ktoś chciał to i banany poszyć też mógł. Wielki szacunek dla opiekuna koła organizującego tę imprezę - świetny człowiek :)
Hehe.. a wieczorem wróciłam do Domku i bawiłam się w weterynarza u wujka - zdejmowałam szwy cielaczkowi :D
.. w Domu, jak w Domu - nic nie ruszyłam,wiadomo..
Kurde. Tydzień "odreagowywałam" :((
Teraz jestm znowu w stolycy. Próbuję się zebrać w sobie. Skupić. Z bardzo marnym efektem póki co;-(
Wszelka pomoc, porady i sposoby na pokonanie niechciejusa niepospolitusa gigantusa mile widziane..

komentarze (6) | skomentuj

z cyklu: Mały Wielki Brat

poniedziałek, 18 maja 2009 10:28
Mama postanowiła zacząć przystosowywać Małego do zajęć w zerówce. Zgodnie z tradycją rodzinną ;) pójdzie do niej rok wcześniej - czyli już po wakacjach.. Szkoła jakieś 600metrów od domu, telefony działają, więc jak coś.. Póki co  2-3 razy w tygodniu  na 3 godzinki  ma przebywać z zerówkowiczami i  się zapoznawać z obowiazującymi kanonami zachowania..

Nauczycielka uszykowała dzieciaki na dwór, miały wyjść przed szkołę na plac zabaw.
- Nie!  - Mały pogroził jej paluszkiem - Nie wolno tam! musimy iść na ten drugi plac zabaw!
Panią lekko zatrzęsło
- O nie mój Mały, nie możesz tu rozkazywać,  ja tu rządzę :)
- a to przepraszam!
:-D
A w domu, jak Mama zaczęła podpytywać o tę sytuację,  okazało się, że Mały bardzo sensownie mówił - skojarzyło mu się, że poprzednim razem pod szkołą wykonywała jakąś robotę wielka koparka, poszli wtedy właśnie na ten drugi plac zabaw. I on tylko z troski o bezpieczeństwo tak zaordynował.. :-)

komentarze (5) | skomentuj

zaburzenie ośrodka sytości?

czwartek, 14 maja 2009 0:39
Miało być króciutko - ot tak, na 3-4 godz, żeby przed 18tą wyjść z urazówki. Taka mała nagroda za zdanie kolokwium z zakazów tak, żem dopuszczona do zerówki. Mogłam sobie na to pozwolić, bo się okazało, że egzamin zamiast być po Bożemu w piątek będzie dopiero w środę.. z jednej strony - fajnie, wiecej czasu na naukę. Ale. Siad płaski do interny zacznie się z kilkudniowym opóźnieniem, a i sobotnie wyjście na juwenaliowy koncert Hey z powikłania planów odpadnie. Dobrze, że choć na T.Love i Myslovitz udało się nam dotrzeć :))
Taak.. wyszłam o 22:15 ..
To nie jest normalne.Takie nie trzymanie się planu. Nie egzekwowanie od siebie samej NIE.
 Nie tłumaczy tego nawet fakt, że  były fajne dr'y, że oprócz tradycyjnych złamań, skręceń było i 6 osób do zszycia palców, nogi, że dr'y wołały i zapraszały na salę do operacji, że w końcu asystowałam przy trzech szyciach..
Jedno iście urazowe (wreszcie!) . Dystalny paliczek 3 palca pan miał dziabnięty jakąś ostrą rurą na pół. Trzymało się toto na skórce i kawałku mięcha. Dr L. wziął igłę (taką od strzykawki), nabił w linii osiowej ten odcięty pypeć, przebił kolejno skórę, tkanki, odłamek kości i w końcu dobił tym do drugiej części paliczka. Kolejno pozakładał szwy dookoła łapiąc grubą warstwę ..
- no a jak byś zrobiła tu? z przodu przed paznokciem też?
- yyy.. no chyba po bokach raczej ..??
- to patrz :)
I wbił dr kolejny szew w resztkę płytki paznokcia, przekuł się przez ten fragment kostny jeszcze i zawiązał ostatni szew. A wszystko jakby w masło się wbijał, żadnego wysiłku.. taką ma parę w łapach??  Na koniec wystającą igłę, mocującą rozpołowiony paliczek, uciął tak na 1.5 cm, zawinął wystający fragment i już można było robić opatrunek. A ten pseudo drut Kirschnera za jakieś 3 tygodnie się wyjmie, jak już się pozrasta.
Młoda kobieta potknęła się w pracy i tak po schodach zjechała, że środkową partię podudzia oskalpowała. Dobrze, że nie potłukła gipsu przedramiennego założonego tydzień temu -przez tego samego dr'a zresztą :). Dzięki temu mogłam zobaczyć jak totalnie inaczej się szyje taką zbita sieczkę tkanki ludzkiej, niż tę normalnie przeciętą- równo i czysto skalpelem w trakcie planowej operacji. Tu już nie ma, że brzeg z brzegiem złapie się ot tak. Sie kombinuje, dociąga podskórnymi, a jeszcze i tak na względzie trzeba mieć, że może po prostu zropieć, zgnić i o. Okropniaście to ciekawe logistycznie:)
W ogóle to jestem umówiona, że w środę  robimy z dr W. jego działkę pacjentów i potem, żeby nie było, że zostaję na dole! od razu idę z nim na górę operować towarzystwo, które sobie przyjmiemy do oddziału.
To będzie świetne odreagowanie postegzaminacyjne ;)

komentarze (4) | skomentuj

choroby zakaźne

poniedziałek, 04 maja 2009 20:51
- Co się stało, że pani się tu znalazła? - padło standardowe pytanie z ust naszego asystenta
- Panie doktorze! - zaczęła z ekspresją opowiadać nasza równolatka - boli mnie brzuch i mam biegunkę od niedzieli, ale wczoraj (we wtorek -przyp.red.), to już zaczęło mnie ma-sa-kry-cznie boleć i się zgłosiłam.
Dr E. pytał dalej jak to przy biegunkach o spożywane pokarmy i takie tam..
- ekhm..  Doktorze.. tu jest co prawda sporo osób, ale muszę chyba jeszcze dodać, bo wydaje mi się, że to ważne..
8 par oczu spojrzało na nią z ciekawością.
- .. bo ja w sobotę uprawiałam seks z Afrykańczykiem! Czy to może mieć związek?
Doktor ze stoicyzmem wypytał się czy ów obcokrajowiec był zdrowy, miał jakieś objawy i uspokoił, że jak na infekcję od niego, to za krótki okres inkubacji.
- A! panie doktorze! bo chyba jeszcze muszę powiedzieć.. my się oczywiście zabezpieczyliśmy, ale jak mnie w niedzielę ten brzuch zaczął boleć, to ja na wszelki wypadek wzięłam tę tabletkę
- Jaką tabletkę?
- -no.. tę do "72 godz. po"
Mina obecnych -bezcenna :) Heh.. Nowe zastosowanie- Postinor na ból brzucha!
 A w ogóle panna potem w rozmowie twierdziła, że na dobrą sprawę, to ciągle jest dziewicą.. ale nie dopytywaliśmy o szczegóły...
***
85-letnia pacjentka trafiła na oddział z nie gojącą się raną stopy - po zadrapaniu "własnym kotem" ;)
- a kot jakki jest? zdrowy? - krzyczał do ucha dr, bo pani lekko przygłucha
- a PIĘKNY jest ! Pers jest! - z dumą rzekła właścicielka
- ale w jakim wieku? zdrowy?
- a 17 lat ma, zdrowy, zdrowy.
- u weterynarza regularnie bywa?
- taa.. teraz był dwa tygodnie temu. No, jak mnie zadrapał to był. On jest taki mądry! jak człowiek! tylko on moich nóg znieść nie może i drapie i poluje na nie ciągle.
:)
***
Na zajęciach:
- Badanie płynu mózgowo-rdzeniowego robimy jako pierwsze, jak pacjent nam trafia z objawami oponowymi.. a, no chyba, że trzeba tę reanimację zrobić, no to już po niej ukłujcie dopiero :)
***
W czwartek,  przed majówką ,do naszego asystenta w trakcie pogadanki o neuroinfekcjach na kortarzu podszedł ordynator oddziału. Uśmiechnięty od ucha do ucha. 
- W.. wiesz  masz akurat dyżur.. dostałem właśnie informację, że jutro przylatuje czerter z Meksyku - tak jakby nasz dr zbladł lekko.. - Po zajeciach porozmawiamy i omówimy strategię..
Z perspektywy postmajówkowej - chyba tragedii nie było- bynajmniej nie słychać o tym w TV.. jutro znowu na oddziale, to się dopytamy :P

Swoją drogą- wytyczne postępowania tejże świńskiej grypy, która już spowszechniała i miejmy nadzieję, rzeczywiście pandemii nie wywoła żadnej : cdc H1N1

komentarze (5) | skomentuj

pneumonologia- czyli o dmuchaniu i łóżku słow kilka :)

środa, 22 kwietnia 2009 19:57
- (...) bo dmuchać można w różne rzeczy- padło z ust młodej lekarki prowadzącej z nami ćwiczenia ze spirometrii.
Popatrzeliśmy po sobie, uśmiechając się pod nosem..
- Aale no prosze państwa, ja.. nie.. o tym..- zmieszała się dr :) - yy..a o czym wy..
No nie dało sie. ryknęliśmy śmiechem na 6 głosów pełną piersią :)
Chwilę później od tej samej lekarki dowiedzieliśmy się, że u zdrowej osoby nie ma prawa być tak, że słabiej czy coś.. Jak zdrowy, to zawsze dmuchnie :P
***
Wchodzimy na mini obchód (czyli w 7 osób) do dwóch panów. Dr D. w krzyk, bo pacjent w okolicy umywalki półleży podkulony..
- a co panu się staało! wszystko w porząd..
- a tak, tak, ja tylko kolanko naprawiam, bo cieknie. A po południu zabiorę się za mycie okien!
:)
***
- Czuję taką niemoc, osłabienie.. - tłumaczył nam 74-latek z zaawansowaną POChP, 18 godzin dziennie pod tlenem - .. ale wiedzę Panie - popatrzył głęboko w oczy najbliżej siedzącej - ta niemoc nie dotyczy wszystkiego.. jeśli wiedzą państwo o czym mówię ..- dokończył z filuternym uśmiechem
***
Czekaliśmy na zajęcia z zaburzeń oddychania w czasie snu. Znajoma dr od spirometrii minęła nas z kolejną grupką ..
- a to dziś macie te bardzo przyjemne zajęcia .. w łóżku :)
- taak.. ale tam tylko jedno jest..
- :))
***
A tak a propo ergospirometrii :)   
Dr prowadząca zajęcia z tegoż badania podzieliła się odkryciem jakiejś poprzedniej grupy co do wskazań   -  wymyślili,że to dobry sposób, by określić czy kobieta może rodzić siłami natury :D
No myśmy aż tak twórczy nie byli ;)
***
Na oddziale generalnie widać , że się dzieje. Ciekawe nawet to wszystko, zwłaszcza oczywiście część interwencyjna :) Jest rzeczowo, acz pierdolnik momentami bywa też.. bo a to pacjent sobie wyjdzie gdzieś, a to się okazuje, że lekarza prowadzącego nie ma, a to coś tam.
I panie pielęgniarki - przy całym moim szacunku dla ich ogółu - no tu są w większości cholernie- delikatnie mówiąc- niemiłe.
Aż się prosi kiedyś przekręcić klu.. ale csiiiii! Nie będę zdradzać planów akcjii dywersyjnej :P

komentarze (4) | skomentuj

znowu..

niedziela, 19 kwietnia 2009 22:32
Czy mi się kiedyś zdarzy wracać po dłuższej przerwie do Stolycy z werwą i ochotą? Tak bez stanu przeddepreszkowego?
Bo na razie jeszcze mnie taki zaszczyt nie kopnął.
Im dłuższa przerwa, dłużej w Domku, tym trudniej wracać do tej bieganiny, pędu, wkuwania, samodzielności i dorosłości. Tym bardziej, że zaraz, no za chwilę, to paskudne coś na "S" się zacznie i będzie .. ekhm.. mało miło.

Fajnie (po)być dzieckiem :)

komentarze (2) | skomentuj

Z najlepszymi życzeniami :))

niedziela, 12 kwietnia 2009 0:22
          

komentarze (1) | skomentuj

postkardiologicznie

niedziela, 05 kwietnia 2009 22:16

Aż normalnie mi sentyment wrócił do kardio :)
Bo to i OIOK, i inwazyjna znowu.. i szmery, i tony dodatkowe, i w ogóle tak .. swojsko ;) Miło tak.. heh..
***
- Pomysłowość ludzka jest niepojęta, twórcza, odkrywcza..ale może istnieć tylko dzięki temu, że rodzą się kolejne pokolenia ludzi - tak a propo pierwszych doświadczeń (i ofiar) z cewnikowaniem serca ;)
***
- yyhm.. obraz z rzutnika się ..rusza? - niepewnym głosem rzekł dr'a rozpoczynający seminarium o powikłaniach zabiegu wszczepiania stymulatora  - bo wiecie - zaczął jak go tylko uspokoiliśmy, że tak, owszem, obraz się rozjeżdża - ten efekt może pochodzić od rzutnika, od komputera, albo.. no wiecie.. neurologia osobista :)

Rozważając kolejne ewentualne powikłania ..
- a jeśli się uszkodzi izolacja elektrody stymulatora?
- to będzie pobudzało nie w tym miejscu, co trzeba..
- no! i będzie kolejny ciekawy przypadek! :)

- a czasem można z elektrodą wyrwać zastawkę trójdzielną.. i mamy wtedy idealny materiał do biopsji :)

I tak kolejno omawialiśmy sobie możliwe miejsca uszkodzeń, przerwania ciągłości struktur, aż po tamponadę, przemieszczenie elektrod, zakażenia, przetoki, zespół skręcenia elektrod nawet..
- Ale nie! nie proszę państwa, bo to po tym seminarium wyszłoby, że  stymulatory trzeba odradzać.. a to nie tak, to bardzo bezpieczna metoda! :)
***
W czasie tygodnia na inwazyjnej po raz pierwszy zdarzyło mi sie wreszcie załapać coś ( no przyłożyć się porządnie) z ekg, które do tej pory zawsze, mimo niewątpliwej sympatii do tej działki medycyny, omijałam szerokim łukiem.. a wystarczyło tylko mieć zajęcia z właściwą osobą. Żal tylko, że nie można było mieć z dr K. dłużej..  naprawdę.. żal.
Końcowe kolokwium u tegoż dr'a też bardzo miłe, na 4.5 :) 
Pochwalił nas, że dobrą grupą jesteśmy i czy czasem nie chcemy na kardiologię?
heh..

komentarze (0) | skomentuj

maraton.. uff.. już po :)

niedziela, 29 marca 2009 17:36
25.03
Środa- czyli wszystko jasne chyba? :) Oczywiście urazówka. Od 14tej. Trochę się zagalopowałam i wyszłam dopiero po 21szej.. Niby nie było ludzi, tzn nie było tego mega-wielkiego ruchu i czekania po 6 godz do lekarza, ale jednak sie po kolei coś działo. Tyle, że ludzie nie denerwowali się, bo wchodzili najwyżej w przeciągu pół lub godziny. No i  dohtory były akurat te co czeba :))
***
26-latek, głowa przykryta bluzą, na leżance.. Na rtg piękne złamanie obu kości podudzia wraz z rozerwaniem więzozrostu strzałkowo-piszczelowego. Jak? Ano, jak się za heroinę nie płaci, to diler się trochę denerwuje .. Na wstępie pielęgniarki wołały, że aby rękawiczek nie zapomnieć do jego badania, bo oczywiście do przyjęcia. Sie sam na wstępie zajął informowaniem wszystkich, że rano jeszcze brał here. W miarę zbierania wywiadu czułam się coraz, coraz bardziej nieswojo..
- a od kiedy pan bierze? ile?
- od paru lat.. teraz tak 3-4 razy dziennie..
(wow)
- miał pan wykonywany test na obecność HCV? szczepienie HBV?
- chyba było.. w wiezieniu robili.. siedziałem 4 lata
(o ku..rde)
- a na obecność HIV? jaki wynik?
- hmm... - spod bluzy nie za bardzo było słychać - chyba taa.. wynik.. ee.. dobry chyba
(czyli , że co? pozytywny do cholery?)
Na szczęście Dr F. przyszedł i bujnął to całe przyjęcie. Heroina musiała już przestać działać, bo przy nastawianiu kończyny krzyczał z bólu jak każdy pacjent..
***
Młody kelner, 22-latek ze zdziwieniem  dowiedział się, że ten jego ból stawu barkowego, to jednak coś poważnego. Na tyle,że będzie musiał zostać w szpitalu
- a..aale ja w sobotę będę mógł sobie skoczyć na egzamin? - ciągle jeszcze nie rozumiał..
- no wie pan.. ma pan zerwanie więzozrostu 2/3 stopnia (piękny objaw klawisza!!) .. chce pan mieć sprawna rękę?
- tak, oczywiście
- to sugerowałbym przyjęcie do szpitala. Opatrunek ósemkowy nie da rady tu.. A kiedy pan wyjdzie, to się okaże już..
***
Przemiła, z perełką na bereciku :) ,  90-letnia pani przywieziona przez pogotowie- niby po upadku, ale generalnie z ZBCC. Tak zaawansowana choroba zwyrodnieniowa, że nie dziwota.. tramal panią podtruwał ostatnio, więc poradnia leczenia bólu przestawiła ją na jakieś NLPZty tylko. I o. Ból jak cholera.. i wdzięczność za każdy gest w jej kierunku wykonany. Dr zapisał coś silniejszego doraźnie p/bólowego i wysłał do domu.
- dziecko, Ty taka dobra jesteś.. wnuczkę moją przypominasz..niech ci Pan Bóg błogosławi.. - usłyszałam na koniec, gdy usuwałam wenflon i pomagałam chłopakom z pogotowia panią do transportu przygotować :)
***
- ale ja to dr'a nie lubię! nie będę lubi.. aaaua!  - dostało się P. od rześkiej 87latki :) Klasyczny Colles, nastawić trzeba było, a to miłe nigdy nie jest.
- ale Ciebie kochany, to tak - skierowała się do młodego gipsiarza-  Ty nie taki jak ten doktor, potrzymasz kobietę, bólu nie sprawisz  :) - Nie,no doktorze, pana też będę lubić, ja tylko tak mówię :) Bo ja zawsze staram się żartem to wszystko wziąć.. jak bym inaczej miała dożyć tylu lat?
:))

26.03
Wstałam z wielkim oporem.. Urazówka dała trochę w kość a tu się szykował powrót do mieszkania dopiero w piątek wieczorem. Ale co tam, od czego są red bulle? Łyknęłam jednego przed samym zejściem na izbę i jak zaczęłam o 13:30 tak przyjmowac skończyliśmy o 4tej rano.. Po drodze owszem, jakieś przejazdy na usg z mniej stabilnymi pacjentami, przebieżki na 4 piętro na odział.. ale w sumie na sali operacyjnej nie byłam. Czego wcale żałowac nie musiałam, bo pierwszy raz aż tyle się na samej izbie właśnie działo :)
A! i jeszcze po południu, tak na początku pojechaliśmy na radiologię inwazyjną. Z panem, którego poznałam tydzień wcześniej na urazówce - złamany obojczyk pocharatał mu tętnicę podobojczykową i utworzył się tętniak rzekomy. Lało mu się z tego, Hb spadała, on słabiutki taki już.. nawet żartowac nie miał za bardzo siły. Na szczęście prof R. nie wyjechał jeszcze na konferencje naczyniową do Zakopca i mógł panu pomóc. Zrobił to koncertowo! Co tam, że nie ubrał się w jałowe ciuchy, tylko zawinął rękawy koszuli i narzucił na to ołowiany fartuch.. Nakłucie tętnicy udowej, wprowadzenie cewnika do T. podobojczykowej były najdłuższa procedurą - jakieś 7 min. Bo samo wprowadzenie stentu - może 1 min! I to od razu w dobre miejsce! bez poprawek! I już krew przestała uciekać :) Niesamowite to było..
W nocy Prof mógł jeszcze raz sie popisać swym kunsztem - tym razem w pękniętym tętniaku tętnicy biodrowej.. tu już tak szybko nie było, choć i tak najdłużej się zeszło ze znalezieniem stentgraftu. Całe szczęście, że się znalazł,bo otwarta operacja tego chorego akurat nie dała by raczej  pozytywnych efektów.. Pan miał BMI kole 39, powoli wchodził we wstrząs..W CT widoczna krew praktycznie w całym brzuchu już.. a 3 miesiace temu był z tym samym, tylko na aorcie piersiowo-brzusznej. Na szczęście dla chorego prof R. był :)
***
Na izbie gwoli wprowadzenia dostał mi się do zszycia palec młodej mężatki pragnącej ugotować obiadek lubemu (znak jakiś :P ?) Raptem dwa szwy, ale na tak długą absencję nieźle wyszły chyba ;)
***
Przed wieczorem, gdy wesparła mnie dr Jekyl :) pogotowie się wściekło i naraz nazwoziło dwa ciężkie przypadki. Oba z wypadków. Zamieszanie, obijanie się tyłkami w tak zwanej szumnie sali reanimacyjnej, gdzie ledwo-ledwo się wszyscy pomieściliśmy, wypisywanie skierowań na badania na ścianie.. sajgon jakiś.
Jeden pan o nieznanych personaliach, już z wykonanym CT..  afazja czuciowa i ruchowa, krwiak podtwardówkowy, początek wklinowania móżdżku i .. 15(!) pkt w skali Glasgow od anestezjologa przed wyjazdem. Na neurochirurgię sprzedany, sprawnie zaraz na blok  operacyjny zajechał.
O drugim nic wiadomo nie było- czyli do rtg wszystkiego doszło CT głowy. I hajda z nim na OIT.
Uff.
***
Większość dyżuru była generalnie pod wezwaniem "bólów brzucha".  Rytuał ten sam - wywiad, badanie, pobranie krwi na badania, skierowanie na usg,  ewentualnie rtg. I dopiero z tym wszystkim zazwyczaj aut do domu po sczęstowaniu jeszcze delikwenta domięśniową mieszanką rozkurczowo-p/bólową. Po północy, z pieczatką dohtora w kieszeni, samodzielnie już załatwiałm te pierwszą część, tak, że Dr S. doczłapywał tylko na diagnozę i wypis :))

A-le. Żeby nie było, że nudą powiało. Kwiatki też były.
***
Kompletnie ululany Xiu-jakiś-tam przy okazji pijackiej nietomności rozwalił sobie głowę - jakies 6 cm rany ciętej na potylicy. Gdy tak po ułożeniu w pozycji bezpiecznej sobie najpierw znieczulałam lidokainą a potem zakładałam te 6 szwów wśród gęstej, długawej czupryny, ze zdziwieniem dostrzegłam, że gdyby tak nie to zarzyganie, uwalanie w błocie, gdzie nie gdzie zakrwawienie, a i gdyby przytomny był,  to chłopak mógłby iść tak ubrany na obiadek do teściowej w niedziele. Ciekawe, czy się założył, czy ktoś go specjalnie tak spił?  Jego stan miał jedną zaletę- nawet nie jąknął podczas szycia :) Koledzy, którzy go odnaleźli w szpitalu, mało mi tam nie fiknęli jak przypadkiem spojrzeli w ranę :)  Po zaopatrzeniu zaczęliśmy się dogadywać co i jak mają z nim zrobić, gdzie się zgłosić jutro i takie tam.. ale ich english był jeszcze słabszy niż mój więc w sumie, to pewności nie mam.. W końcu wpakowali się w taksówkę i pojechali.
***
Gdzieś po drugiej, gdy wywiadowałam kolejny bolący brzuch, wpadło pogotowie z hasłem- poparznie.
Bezdomna kobieta, tak nawalona za przeproszeniem, że  nie poczuła,że jej melina się pali. Załapała, gdy ogień zdążył  wypalić jeża z jej bujnych włosów, adidasy zdematerializowały się do połowy stopy, a spodnie i rajstopy zaczęły się stapiać ze skórą.. Zdarła dolną część ubrania z siebie i doszła do przystanku autobusowego. Tam już ktoś wezwał pogotowie. Szybko za telefon i po dr S. .. zaczęłyśmy z pielęgniarką kobitę rozbierać z resztek ciuchów.. zwęglony naskórek, gdy sie zagapić, sama sobie zdejmowała płatami.. nie czuła bólu. Poparzone praktycznie całe kończyny dolne- uda, podudzia aż po kostki.. zdarłyśmy resztki sfajczonych skarpet i butów.. buchnął odór zagnilizny. Chyba nie myła nóg od paru tygodni.. Zaczęłyśmy opatrywać ją, bandażować.. A jej jedynym problemem było czy damy jej buty? bo w innych szpitalach to zawsze i buty i ciuchy dostawała.. Dr zdecydowanie odmówił przyjęcia jej na oddział. Nie mnie z tym dyskutować.. Do rana miały iść jej płyny,  ,środki p/bólowe ewentualnie a potem dostała zlecenie pojawienia się w przychodni (jest specjalna dla bezdomnych) i tam już rozplanowania zmian opatrunków itp..
***
o 4:30 spoczęłam w (s)pokoju.. na godzinę, bo kolega wrócił po swoje rzeczy po operacji przyjętego przez nas wyrostka i nakręcony zaczął opowiadać i opowidać.. mam nadzieję, że mu głupot żadnych nie klepnęłam w tym półśnie :P
Pozostałe mi pół godziny  już wykorzystałam z ochotą na sen.. przecież trzeba było na 8:00 iść normalnie na zajęcia.

27.03
Jak się można spodziewać przytomnością nie grzeszyłam. Bezwstydnie oczy mi się na końcowym seminarium zamknęły i jak liczyła koleżanka  bite 15 min spałam ;) Dumna z tego nie jestem, ale no co poradzę?
Po zajęciach z A., K i A. skoczyłyśmy na obiadek i .. na nasz obowiązkowy dyżur ginekologiczny. Taaak..
Na szczęście ta resztka adrenaliny spowodowana zminą miejscówki i w ogóle pojawieniem się na bloku porodowym sprawiła, że jakoś funkcjonowałam.
Na wejściu, szybko mnie zawołano do szycia krocza. W takim tempie to jeszcze nigdy sie nie ubierałam :) Łącznie z tym, że maseczkę i czepek zakładano mi już,  gdy ja siedziałam kole dr'a i trzymałam wziernik odsłaniając szytą szyjkę macicy :D
Hardcore normalnie. Przy szyciu siem zgadaliśmy, że ja z chirurgicznego koła i - co później wybitnie zaskoczyło młodą lekarkę, która się nami zajęła- mogłam założyć szwy skórne na krocze :)) Faaajnie tak. Od razu nabrałam ochoty do działania :)
W ciągu tych paru godzin trafiły nam sie w sumie wszystkie opcje :) Po szyciu był zaraz poród naturalny, tym razem ze znieczuleniem ZO, więc zobaczyłam, o ile bardziej komfortowo się szyje (o rodzeniu nie wspominam) w takim układzie.. W chwili przerwy skoczyliśmy na patologię ciąży zrobić usg 32-tygodniowym bliźniakom :) Zaraz po powrocie przyglądałyśmy się wykonaniu znieczulenia ZO.. a po chwili hasło,że ten drugi poród jednak przez cesarkę, bo dzieciątko zdecydowało jednak główkę odchylić nie w tę stronę co trzeba. No to lu- na salę operacyjną. Chyba nigdy nie przestanę się dziwić tempu, w którym cesarka się dokonuje. Raz-dwa i już, dziecię na świat spoglądać może.. Dziewczyny obległy panią neotanolog i nowego ludzika, a ja oczywiści co? No jasne, że wsadzałam głowę w pole operacyjne ;) Aż mi sie Pam Dr odsunął, żebym zobaczyła sobie i zaczął co nieco tłumaczyć :) Najbardziej zaskakujący był dla mnie motyw zszycia skóry prostą igłą, szwem śródskórnym (minimalizacja blizny pooperacyjnej), zakończonym eleganckimi koralikami :) Całą resztę znałam, po pierwszym roku na praktykach zaglądałam na ginekologię i oba rodzaje porodów już widziałam.. ale dziewczyny pierwszy raz były przy narodzinach - i wyszły przepodekscytowane :)) aż im tego pozazdrościłam .. :P
Ewakuowałyśmy się trochę po 20tej..
Po kąpieli, tak jak się spodziewałam, mimo dzikiego zmęczenia resztki adrenaliny się tłukły po organizmie i stwierdziłam, że jeszcze coś może obejrzę na kompie.. Zasnęłam jak niemowle nad laptopem, ze słuchawkami w uszach.. dobrze jest mieć czesem współlokatorkę w takich wypadkach :)

28-29.03
Normalny człowiek by po takim maratonie leżał do góry brzuchem i się nie ruszał. Ale kto powiedział, że ja normalna...
Była 2-dniowa konferencja kardiochirurgiczna.. Taka bardzo kameralna, w wyjątkowym miejscu,  może kole 40-50 osób, ale prezentowali się studenci z Wiednia, z Gdańska, z Zabrza, no i warszawskie ośrodki rzecz jasna.. A że ja w trakcie bloku z kardiologii, kardiochirurgii w ogóle(!!) nie mamy ujętej w programie studiów ( nawet gupiego 1 tygodnia :( ), to stwierdziłam, że pójdę. I warto było!

Że do tego sobotnią nockę spędziłam u kuzynki i jej mENżczyzny, na gadaniu, zakupach, oglądaniu filmów, graniu w kulki :P i słuchaniu mini koncertu na 3 gitary - psychicznie wypoczętam :)

Tylko fizycznie taka jakaś ..zmarnowana :P

komentarze (7) | skomentuj

zmęczonym okiem patrząc na piętrzące się trudności

niedziela, 22 marca 2009 19:16
Nie odpoczęłam jeszcze. Mam nadzieję, że uda mi się dziś położyć o normalnej porze.. jakoś do tej pory mi nie wychodziło w tym tygodniu. No może poza piątkowym wieczorem, kiedy to po powrocie do Domku tuląc Małego do snu zasnęłam wraz z nim po 21ej.. swoją drogą - kompletnie ubrana, z resztkami make up'a.. Po 11 godzinach, chyba bez żadnej zmiany pozycji w nocy, obudziłam się z dziwnie oblałą głową - taak.. trzeba było przynajmniej włosy do snu rozpuścić ;)
Mama patrzy z niepokojem, czemu to jej dziecko takie wymęczone wraca.. a co ja mam jej rzec? że niech się nie martwi, będzie gorzej przecież? Że teraz to i tak tylko dlatego, że sama sobie czas marnuję? to co będzie do cholery w czerwcu?? Gdy interna ... Rrrety! nawet nie chcę myśleć o tym.. Skoro nie potrafiłam się zmusić do nauczenia nefrologii ( wyniki pod koniec tyg, ale raczej do powtórki), to jak ja chcę tu myśleć o całej internie?? o egzaminie? buuuu...
Od jutra kardiologia.
Może choć ten dział, tak przecież przeze mnie kiedyś chołubiony, sprawi, że jakoś się zmuszę do większego, regularnego wysiłku intelektualnego..

to sobie ponarzekałam :)

komentarze (3) | skomentuj

czwartkowe kudłate myśli i come back konferencji

niedziela, 15 marca 2009 1:24
czwartek:
Nie wiem co też było w powietrzu czy gdzie tam, ale uż od samego rana widać było, że wszystkim jedno w głowie :P
Docent prowadził z nami seminarium o zakażeniach układu moczowego.. Pytał nas kolejno, o coś tam i rozwijał temat..no i wyszło kilka kwiatków..
***
- tę panią to już wykorzystaliśmy, proszę następna pani!
***
- menopauza jest niby fizjologiczna? Tak. Pewnie. Jak andropauza, tylko że jej nie ma!
***
- jak za dużo estrogenów, to występuje zespół napięcia przedmiesiączkowego. Słyszałem, że kobiety mogą być wtedy zdenerwowane.. (rzekł  żyjący na tym świecie od 60-paru lat facet)
***
- a jak za mało estrogenów, to mamy...
- mniejszą ocho.. yyy.. libido!
- .. zanik śluzówki. Ale tak. Jak by nie patrzył, libido wtedy mniejsze
***
- Kobiety generalnie mają łatwiejszą zdolność do zakażeń układu moczowego. Zwłaszcza te aktywne seksualnie. Taak.. w poniedziałki zawsze było najwięcej pacjentek z tym problemem. No wiecie,  po weekendzie.
***
W rytm kudłatych myśli przypomnieliśmy sobie, jak to kiedyś na patomorfologii jeszcze, pewna pani dr notorycznie podczas prelekcji dla kilku grup trzymała daleko mikrofon i w ogóle jej nie było słychać. No i poszło.. :)
-pani dr! mikrofon do buzi!
***
Ale chyba najbardziej .. ee.. 'konkretny' tekst rzucił pewien Dr w zatłoczonej maksymalnie windzie
- noo.. kiedyś to jak w takim zagęszczeniu się podróżowało w tramwaju, to mówiło się, że gdyby nie kobiety, to nie byłoby gdzie palca włożyć
Jakoś żadna z 7 obecnych pań nie roześmiała się.
***
Przy okazji plotek z ludźmi z innych grup wyszło, jak to widać już, że ludzie wariują. Zwyczajnie im pada na mózg.
Jakiś chłopak ponoć przyszedł na ustny egz. z zakazów do prof Z.  Ponoć nałykał się czegoś, bynajmniej każdy ma taką nadzieję.. Bo po rozpoczęciu egzaminu rzucił się na niego i zaczął dusić! obecna przy tym jeszcze jedna egzaminowana zaczęła krzyczeć i dopiero wezwana pomoc jakoś zdołała uwolnić od niego prof.. Chłopak w psychiatryku na diagnostyce. Profesor na zwolnieniu był, ale do tej pory nie pyta..
A i dowiedziałam się, dlaczego jeśli na zerówce z neuro się obleje, to nie pozwalają tego drugiego terminu (tiaa.. u nas zerówka jest od razu 1 terminem) pisać z ludźmi w czerwcu na teście.
 Jakaś panna odpowiadała u pani prof. Nie zdała, a na tekst, że ma sie przygotowć na czerwiec, pokazała profesorce środkowy palec i powiedziała, że zobaczą się we wrześniu.
Niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że te studia nie stresują..

Piątek:
Zamiast normalnych zajęć mieliśmy tylko dwa seminaria, a potem - do Mariotta na konferencję nefrologiczną :) Taką z centrum kształcenia podyplomowego, więc nie za wielka. Ale z szykiem. Garniaki, krawaty, szpilki i w ogóle.. Aż mi głupio było w dżinsach, ale no co. Zarejestrowali my się i słuchali. Dobrej kawki i ciastek można było popróbować, popodpatrywać dyskusje profesorskie..
Na podsumowaniu piękne zdanie padło
- Proszę państwa - zalecenia to są dla populacji, dla pacjenta najlepszy mądry doktor :)

Sobota:
Już tu błędu ubraniowego nie chciałam popełnić, a i wreszcie mogłam spokojnie założyć sukienkę, bo przecież przebierać się w obuwie szpitalne nie musiałam :) No to się wystroiłam ;)  współlokatorka prawie mnie nie poznała :P 
I wybrałam się na "Postępy w kardiologii w 2009 r"
Tym razem do Sheratona :)) heheh.. myślałby kto, że się taka światowa zrobiłam ;)
Ta konferencja już była z tych wielkich - na ok 400 osób, z mnóstwem stoisk firm farmaceutycznych i w ogóle piękna taka :) No i oczywiście bezpłatny wstęp. Bardzo lubię takie inicjatywy :)
 Dla studenta, jak to po rozmowie z koleżnkami ustaliłyśmy, to bardzo istotny punkt programu - raz, że można posłuchać mądrych ludzi ( normalnie mam duuużo notatek)
Dwa - że można dokonać zaopatrzenia papierniczo - długopisowego ( ach te firmy farmaceutyczne i  ich gratisy!), czasem i gazetowego (jakieś specjalne wydania Terapii i Medycyn Praktycznych).
Trzy - można posmakować dobrego obiadku  :))
A o tej konferencji mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że miała baardzo bogatych sponsorów..

No i 5 krótkich zaleceń dla dobra serducha od samego kosultanta krajowego kardiologii :)
1) pij kawę lub kakao na śniadanie a na kolację zieloną herbatę
2) dużo warzyw i owoców
3) ryba na obiad
4) lampka wina wieczorem
5) pamiętaj o kostce gorzkiej czekolady przed snem

Czekam na nastepną jakąś imprezę :) Sezon sie rozpoczął, więc powinno cosik być jeszcze :)

komentarze (10) | skomentuj

Wypadek przy pracy?

wtorek, 10 marca 2009 23:18
Młoda Kobieta 4 lata temu wykryła u siebie guza piersi. Przeszła mastektomię prawostronną, potem radioterapię. Było ok. Pod opiekuńczym ramieniem Instytutu Onkologii czuła się bezpiecznie. 2x w roku mammografia drugiej piersi, regularne wizyty u lekarza i badanie fizykalne. Świetne samopoczucie.
Ale w zeszłym tygodniu jakoś zaczęła ją pobolewać noga. No to poszła do rodzinnego lekarza. Ten wiedząc o historii onkologicznej wysłał ją na wszelki wypadek na rtg klp, usg jamy brzusznej i badania ogólne krwi. Wyniki wręczono pani bez jakiś wyjaśnień, aby z poleceniem zgłoszenia się do szpitala. Tak jakoś się zbierała pani do tego, ale może jeszcze po weekendzie, ale może.. akurat przejeżdżali kole Bachama i stwierdzili z mężem , że w sumie trzeba się rozpatrzeć jak wygląda droga formalna. Zapytanie dyżurnej lekarki -co z tymi wynikami? skończyło się natychmiastowym przyjęciem.
Okrągły cień nad płucem. Zmiana w lewym płacie wątroby. Zmiana w prawej nerce. Mocznik, kreatynina w kosmos. Hiperkalcemia. Niedokrwistość. Prawdopodobnie zmiany w kości miednicy.
A pani ciągle w dobrym stanie. Fizycznym, bo psychika właśnie jej w miarę uświadamiania o stanie jej zdrowia siadła na podłodze.
No dobra, ale historie się zdarzają podobne, nowotwór jest nieobliczalny.
Gdzie haczyk?
Bo okazało sie, że badania zlecone przez lekarza rodzinnego - te kontrolne, ogólne krwi i obrazowe były pierwszymi od mastektomii!!!
Okazało sie, że przez  4 lata lekarz prowadzący z Instytutu Onkologii poza badaniem fizykalnym i mammografią nie zlecał nic. Zero badań. Zero kontroli jakiejkolwiek.. kontroli, która mogła prawdopodobnie dać szansę zawalczenia o życie.
..bo teraz? teraz to Pani ma rozsianego nowotwora.
Opiekuńcze ramię chyba jakieś zwichnięte było..

komentarze (6) | skomentuj

kolejny początek

poniedziałek, 09 marca 2009 19:51
Tym razem - nefrologia. A z nią bezwzględny zakaz spóźniania, wszechobecne groźby ponoć bardzo niemiłej formy odrabiania seminarium, na którym by sie przypadkiem nie było - odpowiedź u jednego z docentów, no i przede wszystkim super odnowiony oddział. Aż miło się po nim chodzi i jakaś tam Leśna Góra schować się może :P
Pacjenci bardzo różnorodni, bo to też i interna jest jednocześnie, ale mając w perspektywie egzamin z INTERNY w czerwcu to bym rzekła dobrze się składa. Zresztą sama Pani Asystentka - bardzo miła Kobieta swoją drogą - rzuciła pytanie - jak chcemy te zajęcia wykorzystać? na pogłębienie nefrologii ( bo to co umieć musimy, mamy na codziennych seminarich podane) czy może na pogłębianie Interny - naukę pod egzamin, badanie i takie tam? Póki co jest 4:1  na rzecz interny, ale myślę, że tego rodzynka - fascynata nefrologicznego się przegłosuje ;) Trzeba korzystać z chęci asystentki do przygotowania nas do egzaminu chyba, nie?
Tylko... na neuro -8:00 - Dr wchodzi, siada, czyta listę obecności i praktycznie od razu rzuca pierwszew pytanie do kogoś konkretnego. I tak do 10:00. Pięć min przerwy i np na oddział, gdzie ciągle trwa pytanie i badanie. Przerwa. Seminarium ogólne albo znowu z Dr'em - odpytka.. I po tej 3-tygodniowej, neurologicznej musztrze byliśmy dziś wybitnie zniesmaczeni ;) tym wyluzowaniem, stratą czasu (zaczęliśmy 15 min później!) i jakimś mniejszym stężeniem rzeczowości w prowadzonych seminariach.. Ach! i ten brak stresu.. :P
Nie wiem jak dalej będzie- na razie oki.

No i mam wreszcie stetoskop :)) Burgund tą razą :)
 z bólem serca wydałam te 259zł, ale no co było zrobić? Na egzamin z Interny bez pójść? Teraz tylko muszę się z nim zaprzyjaźnić, wyczuć, poznać.. i do dzieła. Drżyjcie szmery, trzeszczenia i świsty! :)

komentarze (4) | skomentuj

koniec.. eee.. tropików :)

niedziela, 08 marca 2009 19:08
Przynajmniej do czerwcowego egzaminu, kiedy to przyjdzie mi sie znowu mierzyć z neurologiczną wiedzą. Ale chwilo trwaj- na razie spokój :) I tylko ciągle nie mogę zrozumieć, jakim cudem się dałam wkręcić w tę stresogenną kołomyję..
Nic to. Ważne, że byłam sobie w Domku, naprzytulałam się, pewnie na dwa tygodnie to nie, ale zawsze coś ;) , próbowałam odespać te niedospane godziny, no i przede wszystkim pobyłam w rodzinnym ciepełku :)
Teraz? jestem już w Wawie, dopijam herbatkę z prądem - grzeniec galicyjski miodowy..mmmm :) - z mojej pięknej, nowej czerwonej filiżanki od Dużego Brata z racji Dnia Kobiet i tak tylko myślę, że w sumie to może by ten storczyk od Taty i dojechał? ale nie chciałam ryzykować, niech sobie stoi w Domku w towarzystwie Maminego :).
No. I tak powolutku zbieram się w sobie, jeszcze chwila odpoczynku, relaksu.. może jeszcze kąpiel w aromacie cynamonu i karmelu, jakiś film albo "Bridę" dokończyć.. i spać.
W końcu nefrologię zaczynamy od jutra :)

a! i wszystkim Kobietkom- najlepszego :))

komentarze (0) | skomentuj

neurologiczne piekiełko

środa, 25 lutego 2009 21:48
Zaiste,nie pamiętam żebym miała w trakcie tych już ponad 4.5 roku tak stresujący blok. Owszem, jakieś biochemie, pewnie anatomie też wywoływały zdenerwowanie, ale tam przynajmniej się to rozkładało - 2 x na tydzień i już. A tu.. tu- właśnie minął 8 dzień w totalnym stresie, spięciu i niedospaniu. Na zdrowy rozum - niby dlaczego? widmo zerówki skutecznie rozwiałam pierwszego dnia zajęć a przecież jak nie za pierwszym razem, to za którymś kolokwium końcowe się zda, egzamin i tak w czerwcu. Więc?
Ano, to chyba zwyczajny strach przed wyjściem na idiotkę , zbłaźnieniem się tak mnie paraliżuje. Pam Asystent wysyła, mimo swgo jawnego dystansu do otoczenia, jakieś takie pozytywne fluidy i jest zwyczajnie sympatyczny :) i mi gupio, żem gupia ja.. Bo my psze państwa na każdych zajęciach, dzień w dzień jesteśmy odpytywani. Dr zadaje partię materiału i następnego dnia przez pierwsze 2 godziny człowiek sie jeży, że przyjdzie mu się wypowiadać.. zazwyczaj na temat, którego akurat nie doczytał, albo czytał o 3 nad ranem i nie kontaktował już wtedy. a przez kolejne 2.5 godziny aby czeka aż wyrywkowe pytanie przy pacjencie dostanie.. Heh. Tak. Po prostu moje niedoucznie OUNowskie się mści :( 
Ale dam radę. Zależy mi, chcę sie tego nauczyć, wiedzieć, rozumieć.. ogrom wiedzy.. Zawzięłam się i mam nadzieję, że w tym wytrwam.. tyle że zapieprz nieziemski z tym nadrabianiem.. blee.
I jeszcze jedno, co denerwuje mnie i podcina skrzydełka w tej całej neurologii - co z tego, że przegrzeję te swoje komórki mózgowe, sprawię, że wydedukuję w końcu, że takie właśnie objawy kliniczne spowodowane są przez uszkodzenie na konkretnym poziomie  i w danej części mózgu, skoro i tak na 80% tych schorzeń nie ma skutecznego leczenia :( ?
Ehh.. dobrra.. wracam do dystrofii..

komentarze (4) | skomentuj

no i proszę - 10 semestr edukacji medycznej się rozpoczął

wtorek, 17 lutego 2009 22:37
Właśnie sobie to uświadomiłam. I nie mogę uwierzyć. Jakoś  nigdy w ten sposób o tym nie myślałam.. ale.. no tak.
Zostały mi 3 semestry studiów, 45 tygodni dydaktycznych- przy 135 tygodniach, które  już za mną.. Aaaaa!
Cholernie dziwne uczucie.
***
Zaczęliśmy blokiem z neurologii. Pomna wstydu, który mnie zalewa na samo wspomnienie wejściówki, pisać o niej nie będę. No może tyle, że przez własną głupotę, na własne życzenie zapewniłam sobie egzamin w czerwcu. Heh :(
Pocieszające może tyle, że Pam Asystent zanany z tego, że jeśli już to i tak bardzo skromnie wypuszczał na zerówkę, w jego poprzedniej grupie udało się jednej osobie.. Bo dla niego wejściówka to tylko początek 3 tygodniowego, codziennego sprawdzianu naszej wiedzy. Prawdziwe seminarium - z naszym aktywnym udziałem ( do skutku, że sie wyrażę- aż ktoś odpowie), zadanymi zagadnieniami na dzień następny, na piątek i prezentować tematy jakieś  będziemy.. Porządna, solidna neurologia :) Pomimo stresu - fajnie tak :)
Tylko na oddział to sobie nie pochodzimy - grupę mamy 16-osobową (sic!), dlatego, jeśli już to - tak jak dziś - pacjent przyjedzie do nas. Albo po prostu obbadujemy siebie nawzajem :) Dostaliśmy na cały czas zajęć po młoteczku neurologicznym :) a dziś badanie dna oka było- tzn ja akurat za pacjenta robiłam,  jeszcze mnie oczka bolą, jakoś te moje źrenice są strasznie wrażliwe na kropelki rozszerzające. Ale przynajmniej przez pół dnia mogłam się cieszyć z czarnych ocząt :P
***
Na pierwszym z trzech 2-godzinnych wykładów ze wstepu do ginekologii profesor chciał tak najpierw zagadać towarzystwo, zaczął opowiadać, że ta klinika to nad Wisłą, tu kormorany się pojawiają, bla, bla bla..
- a czy państwo wiedzą jakie to dzikie ptaki są tu na tym warszawskim odcinku Wisły? - rzucił w tłum
- kaczki! - :)))
A w ogóle to organizacja tych wykładów mocno taka sobie. 6 grup, każda mniej więcej po 20 osób -  120 ludzi na pewno.A tu sala mała, krzeseł brakło i o.  Przyszło siedzieć na podłodze.

komentarze (7) | skomentuj

ekhm.. tego..

środa, 11 lutego 2009 0:21
Od dokładnie 1 godz i 46 min mam  23 lata.. No żałoba narodowa ;)
Żebym się jakaś poważniejsza czy mądrzejsza nagle przez ten fakt stała.. rzec nie mogę..
Ale dużo miłych życzeń,  piękne tulipany od Taty-> 

.. balsamem na łapiące znienacka, wszechogarniające poczucie upływu czasu..

komentarze (17) | skomentuj

i po

wtorek, 10 lutego 2009 0:25

No bo ostatni dzień dziś byłam .. i tak smutno jakoś mi aż :( .. że w takim właśnie trybie oddziałowym, to najwcześniej z powrotem będę się mogła pokazać dopiero w maju, a najpewniej to w wakacje na praktykach :/ Bo tak to bite 12 tygodni zajęć normalnych.. heh.. A już się nawet do tej pobudki po 6tej przyzwycziłam.

Ale trzeba przyznać, że ten mój ostatni dzień z przytupem małym był :)
Na odprawie pam profesor zbolałym głosem wołał, że nie ma kto asystować..
- kto jest z młodych lekarzy na odc B? 
- ja panie prof jestem najmłodzsza na odc B - powiedziała dr Z z uśmiechem
- niech sie pani tak tym nie chwali - profesor bez skomentowania czyjejś wypowiedzi? niemożliwe :)
No nie dopatrzył się od razu, bo ze studentów byłam tylko ja z kolegą. Jak mój dr M. zawołał, że tu pani studentka jest ( on akurat nic nie miał do zoperowania w tym dniu), to prof totalnie nie wiedział o so chodzi. No fakt- nie meldowałam mu się jak zaczęłam przychodzić, nie łapał kto ja, bo w sumie ciągle przy dr M..  ale teraz. Noo.. do pama profesora na asystę. Do stentgraftu, więc do standardowej warstwy zielonych kubraczków - jałowych i niejałowych - dochodziły ołowiane fartuchy i foliowe ochraniacze nań.. sauna solution to pikuś przy tym! Niby miałam drogę ucieczki, mógł kolega iść a ja do docenta, ale stwierdziłam, że kiedyś trzeba strach przemóc, zaglądnąć w paszczę profesorskiego lwa.. Aż dziwne, jak niektórzy ludzie potrafią wzbudzić popłoch i spowodować tak niekomfortowe samopoczucie. Niby mi tam ze dwa jakieś teksty się dostały tylko, ale już samo to, że dr S. ,na pierwszej asyście, był non stop o coś opieprzany sprawiło, że po skończonej operacjii wyszłam stamtąd z wielką ulgą..
Po powrocie na górę pokręciliśmy się z dr M. za pacjentami, sprawy oddziałowe..
- pani dr! - zagadał dr Sz. który właśnie się plątał po korytarzu - co pani teraz będzie robić?
- yy.. noo właściwie  to nic konkretnego. A ma pan coś dla mnie :) ?
- a jak pani chce to do nefrektomii będę schodzić za trochę
- a pewnie, że chcę  :)
Oczekiwanie na zabieg się trochę przedłużyło, zeszliśmy dopiero o 12:30.. no ale przecież usunięcie nerki to taka godzinka z przechodem.. Pod nadzorem dr F. sprawnie poszło wytworzenie dostępu, trochę problemu sprawiło jej wydobycie, bo pan przy kości. No ale tak 13:45 dr F. sobie już poszedł, a my zostaliśmy pozamykać tę dziurę po nerce w pacjencie. Kolejne warstwy- otrzewna, tkanka podskórna, w końcu skóra.. już dr dochodził do końca. Właściwie wiązał ostatni węzeł na skórze..
- dr.. ale  poleciało z drenu! oo.. chlustnęło na podłogę- ze zdziwieniem zauważyłam. Jakoś do tej pory przy operacjach , jeśli coś z drenu szło to kropelkami najwyżej..
- ee.. to pewnie po szyciu się nazbierało - wtrąciła instrumentariuszka
Dr dowiązał węzełek, spojrzał w końcu na dren z żywoczerwoną krwią, która przy naciśnięciu brzucha wylewała się z niego..
- o.. kurwa! dawać klem!  Nie spada wam ciśnienie może? - rzucił do anastezjologów
- yy..hmm.. ooo..noo. taak. Leci! - ze śródoperacyjnych 110/80 zrobiło się kolejno 65/45, za chwilę 45/23..
- dzwońćcie po F, niech tu złazi szybko!  otwieramy z powrotem - i już dr złapał za nożyczki, dawaj rozcinać sumiennie pozakładane szwy.. tylko uchylił a wielkie już skrzepnięte bryły krwi wymykały się z brzucha na poślizgu ze świeżo wypływającej.. ponad 10 chust i ucisk. I czekamy na dr F. Wpadł, szybko się przemył i dawaj! Zaczęła sie zabawa ze ssakiem, podkłuciami i walką z ciagłym wypływem.. w pewnym momencie ciśnienie zrobiło się nieoznaczalne, ale oczywiści już 3 jednostki  przygotowane, więc to nie problem.. Się okazało, że żyła z tetnicą była jedną podwiazką zrobione i zleciało to wiązanie. No i waliła krew z obu.. 2 litry na pewno stracił.. ale się udało opanować sytuację..
W związku z powyższym - z godzinnnego zrobił sie 3 godzinny zabieg.. heh.. i leciałam potem łeb na szyję na angielski.. i do doomku :)

komentarze (2) | skomentuj

to już naprawdę teraz mam ferie :)

sobota, 07 lutego 2009 0:44
Egzamin z radiologii - mimo że na 4.5  zdany - był.. może nie że najdziwniejszy w naszej dotychczasowej edukacji studenckiej. Ale "jeden z" - na pewno. . Nawet opisać tego nie jestem w stanie i skonkretyzować, ale .. hmm.. tak jakoś.. dziwnie było. I nie chodzi tu o  7mą rano.
Ale na szczęście już po :) I teraz caały przyszły tydzień mam wolne :) Tzn właściwie bez poniedziałku, bo umówiłam się jeszcze na ten dzień na chirurgię, popomagać- skoro i tak mam przyjechać specjalnie do stolycy na 1.5 godz angielskiego.
Dzisiaj nie za wiele się na oddzile już działo, jak to przed weekendem.. nawet mimo ostrego dyżuru. Chociaż w sumie kto ich tam wie, może sie teraz rozkręciło? Mi kole 11tej zaczęła adrenalina egzaminacyjna lecieć łeb na szyję i zaczęłam zasypiać na stojąco..2 godz snu robiły swoje. Pokręciliśmy się jeszcze trochę i kole 13tej najzwyczajniej w świecie grzecznie powiedziałam wszystkim do widzenia i ewakuowałam się do Domku.
Gdzie że teraz właśnie jestem i idę sobie spać. Do własnego łóżeczka. Pod własną kołederkę. Spaać! :)

komentarze (8) | skomentuj

bilans dwudniowy

czwartek, 05 lutego 2009 14:12
Dziś z racji jutrzejszego egzaminu , no a właściwie tego, że dr wyoperował wszystkich swoich pacjentów wyszlam baardzo wcześnie, bo (nie)normalanie przed dwunastą. Aby odprawa, potem doglądnęliśmy chorych, profesor łypnął okiem na co niektórych, jakieś szybkie konsultacje i została się papierologia. Sie mi pierwszy raz zdarzyło robić za sekretarkę medyczną :P  Dr dyktował opisy tych naszych dwóch operacji a ja żem wklepywała na kompie. Ale na dobrą sprawę nawet to fajne było, bo wreszcie zobaczyłam jak się to robi i z nomenklaturą medyczną się trochę obyłam.
Za to wczoraj.. Noo.. 11.5 godziny na oddziale mi się zeszło. Bo po-  z dr M. i dwoma innymi dr'mi było dzierganie majtek z nogawkami na tętniaku - znaczy sie przeszczep aortalno- dwuudowy. Znowu długo, prawie 5 godzin, choć w sumie i tak krócej niż we wtorek.. ale że pana przez ponad godzinę próbowali znieczulić, to i tak wyszliśmy z bloku o 14tej :/ Pomyslałam, że przejadę się na urazówkę, tak "pożegnalnie" - zapowiada się, że dłuugo mogę tam nie zabawić, bo przez najbliższe 9 tygodni siedzimy na Bachama na zajęciach, więc jeśli w środę będę chciała zostać na dyżur, to pewnie od razu tam na ostrą laryngologię.  Już sie ubrałam, już wyszłam ze szpitala, prawie wsiadłam do tramwaju a tu ..
- no cześć! - odezwał się w telefonie dr S. - gdzie jesteś? Bo ja właśnie schodzę na blok i by mi się przydała pomoc przy stole :)
- yy.. no wyszłam ze szpitala właśnie.. ale za max 10 min mogę być :) - no jakże by inaczej?
- o :) to super :) To widzimy się na bloku
Operacja była w ramach dyżuru już. Pam pacjent siedział sobie na krzesełku i poczuł, że coś mu na kolana wypływa. Sie okazało, że to jego własne jelita.. miał w poniedziałek na ostro usuwany fragment zmartwiałej esicy, tracheostomię, bo przez przerośnięty z powodu amyloidozy język nie udało się klasycznie zaintubować, do tego wyniszczony bardzo.. No i szwy się rozlazły i zawartość  jamy brzusznej chyba poczuła moc hasła "uwolnić orkę" .  Niesamowity widok- takie wytrzewienie u człowieka, który normalnie mryga oczkami i no nie jest uśpiony. Trzeba było zrewidować jelita, przepłukać, poupychać, pozszywać i specjalnymi wzmacniaczami pościągać powłoki brzucha. Siłowanie się takie bardzo.. do tego otrzewna rwała się jak gupia przy szyciu.. w końcu jakimiś nowatorskimi metodami dr Sz. doprowadził  do ładu. Tkanki były obrzęknięte przez stan zapalny, więc wręcz nie mieściło się w sobie to wszystko.. hard core taki. Skórę już zamknęliśmy pojedynczymi szwami, co 2 cm, żeby powkładać między nie seton z jodoformem. Po tym wszystkim okazało się, że jest jeszcze jedna operacja - udrożnienie przeszczepu pachowo-udowo-podkolanowego. Noo.. tego żem jeszcze nie widziała! tzn, nie że udrażniania, tylko takiego przeszczepu. To zostałam.. ale sił już miałam ledwo-ledwo, bo w końcu ile godzin można stać? Poszło szybko, tylko samo zszycie rany w pachwinie było kłopotliwe - zropiała rana, rozłażąca się tkanka podskórna.. znowu aby pojedyncze szwy.
Po tej operacji, o 19tej,  wreszcie zgarnęłam się do mieszkania. Byłam przeraźliwie zmęczona.. choć nie powiem - i zadowolona - zobaczyłam coś nowego, innego :)
No. A teraz aby siadać na tyłku i radiologię czytać z namaszczeniem. Żeby obciachu sobie nie narobić, jak się jutro zapytają jak poszło ;)

komentarze (3) | skomentuj

 1234567  »

wtorek, 9 lutego 2010

Licznik odwiedzin: 36622

po nitce do kłębka

vertigo-medici@gazeta.pl

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

Przyjmuj każdy nowy dzień jako dar
jak prezent, a jeśli się uda - jak święto.
Spójrz w lustro i uśmiechnij się do siebie
i powiedz sobie sam Dzień Dobry.
Nie zapominaj o szczypcie humoru
i dopraw to wszystko zapałem do pracy.
Uśmiechaj się szczerze do każdego,
choćbyś go nie lubił, i on ciebie też,
na tym polega pochwała życia bo
szkoda czasu na smutki- niech żyje radość :))